Z kosza balonu

Kierowca warszawskiej taksówki, obudzony w środku nocy na postoju żądaniem jazdy na Szczęśliwice, dłuższą chwilę spoglądał na mnie nieprzytomnie, nim zrozumiał o co chodzi i w którą stronę jechać należy. I zapewne nie był w pełni przekonany, że sprawa jest zupełnie czysta, gdy kazałem się wysadzić w szczerym polu ulicy Grójeckiej – daleko za ostatnimi w owym czasie osiedlami – i zdematerializowałem się w ciemnościach na wąskiej ścieżynie. Ścieżka prowadziła na teren zaczątków dzisiejszego parku, skąd dochodził coraz głośniejszy szum świadczący o tym, że napełnianie balonów gazem już trwa.
Nie pamiętam dziś, na który to z moich lotów tak haniebnie się spóźniłem, ale wiem, że gryzło mnie wtedy sumienie, bo dobre obyczaje panujące w rodzinie balonowej nakazywały udział w całości żmudnych przygotowań do startu, a ja najzwyczajniej w świecie zaspałem, przyłożywszy się wieczorem „na chwilkę”, by przed północą zdążyć na szczęśliwicką górkę.

Szczęśliwice zapisały się we wdzięcznej pamięci warszawskich – i nie tylko warszawskich – baloniarzy jako miejsce startu do wielu lotów szkolnych, treningowych i zawodniczych.
Stąd startował w latach 1960 i 1961 po zwycięstwo w I i II Krajowych Zawodach Balonowych o nagrodę im. płka F. Hynka inż. Sławomir Makaruk z Janem Gawęckim, stąd wykonał swój setny lot inż. Zbigniew Burzyński.


Gdy w pamiętną niedzielę 26 maja 1957 roku asystowałem na lotnisku Gocław przy napełnianiu „Syreny”, która z inż. Walentym Nowackim i Zdzisławem Dudzikiem na pokładzie, a raczej w koszu, miała za chwilę otworzyć nową, powojenną kartę dziejów polskiego sportu balonowego, nie przypuszczałem, że prawie dokładnie dwa lata później, bo 24 maja 1959 r., z tym samym inż. Nowackim będę miał okazję po raz pierwszy oderwać się od ziemi na statku lżejszym od powietrza. To było coś zupełnie niepowtarzalnego, coś, czego pilot szybowca czy samolotu nigdy nie doświadczy.
Start odbył się o świcie, jak normalnie wtedy praktykowano. Było jeszcze szaro, nisko nad ziemią zalegała silna inwersja, na której nasza „Syrena” sunęła idealnie statecznie, bez żadnych wahań pionowych. I tak płynęliśmy bezszelestnie na wysokości kilkudziesięciu metrów lub niżej, gdy teren się podnosił, i zaglądaliśmy z góry w uśpione jeszcze zagrody. Gdzieniegdzie tylko czujne psy się budziły płosząc kury, które zaczynały trzepotać skrzydłami i ten trzepot niósł się daleko w ciszy poranka, znacząc trasę naszego przelotu. Było to tak urzekające, że w koszu panowała też cisza. Dopiero gdy słońce wyjrzało i pierwsze bąble termiczne zakłóciły spokój lotu, przyszedł czas na wymianę zdań i mogłem wysłuchać pierwszych wskazówek mojego instruktora. 
Gdy po przeszło pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy w okolicach Kazimierza Dolnego i po zwinięciu balonu chłopską furką zdążaliśmy do tego zabytkowego miasteczka, by znaleźć jakiś środek lokomocji na powrót do Warszawy, wiedziałem już, że z niecierpliwością będę czekał na następne loty.
W Kazimierzu spotkaliśmy załogę balonu „Warszawa”, na którym pierwszy pilot balonowy wyszkolony w Polsce po wojnie, mgr inż. Stanisław Mosica, zakończył właśnie lot egzaminacyjny pod okiem inż. Burzyńskiego.


Tłuste to były lata, dobre dla sportu balonowego w ogóle, a także dla warszawskiego. Bo to i dwa balony w sekcji, i ograniczeń lotów prawie nie było… Leciało się „w Polskę” ładnych kilka godzin (mój najdłuższy lot trwał 10 godzin 03 min.), przebyte odległości wyrażały się setkami kilometrów, był więc czas na przyziemienia i międzylądowania, a że w koszu zawsze leciało kilku uczniów, korzyść była ogromna i latanie stosunkowo tanie, jako że koszt przygotowania balonu do startu i napełnienia gazem jest stały bez względu na czas lotu.
Sukcesów sportowych też zebrało się niemało. Wszystkie trzy rozegrane po wojnie Krajowe Zawody Balonowe zakończyły się zwycięstwem pilotów sekcji warszawskiej. Kontynuując wspaniałe tradycje lat trzydziestych, warszawiacy wykonywali z powodzeniem loty za granicą, że przypomnę I miejsce inż. S. Makaruka w Międzynarodowych Zawodach Balonowych w Holandii w 1961 r. i III miejsce na podobnych zawodach rok później inż. J. Gawęckiego.
Starty w przeprowadzanych od 1959 r. Zawodach Balonowych o Puchar Międzynarodowych Targów Poznańskich, loty szkolne i treningowe wykonywane przy różnych okazjach w kilku innych miastach, pozwalały na utrzymanie nowo wyszkolonych pilotów w treningu i na rozpoczęcie szkolenia z kolejną grupą kandydatów.
Dzięki ogromnemu osobistemu zaangażowaniu wielu dawnych specjalistów balonowych, takich jak wspomniani inż. inż. Burzyński i Nowacki, prof. Franciszek Janik, Czesław Nowacki, Wacław Maciejewski, dzięki entuzjazmowi młodych adeptów tego sportu oraz pomocy kierownictwa Aeroklubu Warszawskiego, które traktowało sekcję balonową jako pełnoprawną na równi z innymi – sekcja ta miała do 1962 r. pełne podstawy dalszego rozwoju. Niemała w tym zasługa Zarządu Głównego Aeroklubu PRL i przychylnej dla sportu balonowego atmosfery, co wyrażało się m.in. istnieniem w Biurze ZG specjalnej komórki balonowej, kierowanej początkowo przez płka Franciszka Hynka, a po jego tragicznej śmierci w 1958 r. przez panią Antoninę Burzyńską.


Przyszły jednak lata chude. Działalność sekcji warszawskiej uległa ograniczeniu z przyczyn od niej niezależnych. Przez jakiś czas członkowie sekcji usiłowali wykonywać loty poza stolicą, korzystając m.in. z uprzejmości sekcji balonowych Aeroklubu Poznańskiego i Śląskiego, latano także w Tarnowie i innych miejscach. Gdy już i sprzętu nie stało, a polskiemu baloniarstwu odmówiono prawa do jakichkolwiek centralnych dotacji, sekcja praktycznie przestała istnieć i jej cenny dorobek został zaprzepaszczony.

Ponieważ jednak do trzech razy sztuka, może uda się jeszcze raz reaktywować sport balonowy w Warszawie, wskrzeszając sekcję lub klub wyposażony bądź to w klasyczne balony napełniane gazem, bądź też w zdobywające świat balony na ogrzane powietrze.
A jeszcze lepiej – w jedne i drugie.

 

Janusz Krasicki  17.12.1977

GS:

No i udało się :)
Sekcja Balonowa w Aeroklubie Warszawskim została reaktywowana w 1988 r.

 


 

Powyższe opracowanie zostało odtworzone ze skanu maszynopisu.
Tekst wykorzystano w artykule, który ukazał się w „Skrzydlatej Polsce" nr 3 z 15.01.1978.

Na zdjęciu poniżej: prywatna maszyna do pisania, na której JK wystukiwał swoje teksty w czasach, kiedy w domach nie było jeszcze komputerów.

 

Komentarze

Wpisz imię i nazwisko lub tylko imię - dane te pojawią się przy Twoim komentarzu.
Wprowadzona tu nazwa pojawi się przy Twoim komentarzu.
* - pola wymagane
Dodając komentarz oświadczasz, że zapoznałeś/aś się z regulaminem strony.
Twój wpis zostanie opublikowany po zatwierdzeniu przez moderatora.