Z kosza balonu

Kierowca warszawskiej taksówki, obudzony w środku nocy na postoju żądaniem jazdy na Szczęśliwice, dłuższą chwilę spoglądał na mnie nieprzytomnie nim zrozumiał o co chodzi i w którą stronę jechać należy. I zapewne nie był w pełni przekonany, że sprawa jest zupełnie czysta, gdy kazałem się wysadzić w szczerym polu ulicy Grójeckiej – daleko za ostatnimi w owym czasie osiedlami – i zdematerializowałem się w ciemnościach na wąskiej ścieżynie. Ścieżka prowadziła na teren zaczątków dzisiejszego parku, skąd dochodził coraz głośniejszy szum świadczący o tym, że napełnianie balonów gazem już trwa.

Nie pamiętam dziś, na który to z moich lotów tak haniebnie się spóźniłem, ale wiem, że gryzło mnie wtedy sumienie, bo dobre obyczaje panujące w rodzinie balonowej nakazywały udział w całości żmudnych przygotowań do startu, a ja najzwyczajniej w świecie zaspałem, przyłożywszy się wieczorem „na chwilkę”, by przed północą zdążyć na szczęśliwicką górkę.

Szczęśliwice zapisały się we wdzięcznej pamięci warszawskich – i nie tylko warszawskich – baloniarzy jako miejsce startu do wielu lotów szkolnych, treningowych i zawodniczych.

[...]

Gdy w pamiętną niedzielę…

 

 

 

GS:

Powyższy tekst został odtworzony ze skanu maszynopisu.

Komentarze

Wpisz imię i nazwisko lub tylko imię - dane te pojawią się przy Twoim komentarzu.
Wprowadzona tu nazwa pojawi się przy Twoim komentarzu.
* - pola wymagane
Dodając komentarz oświadczasz, że zapoznałeś/aś się z regulaminem strony.
Twój wpis zostanie opublikowany po zatwierdzeniu przez moderatora.